Menu

Mamo czy Wolfgang naprawdę jest bez serca?

30 listopada 2017 - Finanse i gospodarka
Mamo czy Wolfgang naprawdę jest bez serca?

Dziś będzie o historii, która poruszy nawet największego twardziela. To, że życie płata nam figle wiemy nie od dziś. Co jednak w sytuacji kiedy mimo wszelkich starań stajemy przed próbą, która dla nas jest wielkim i niespodziewanym wyzwaniem?

Ta historia zaczęła się w listopadzie 1947 roku. Był to czas, kiedy powojenna Europa wstawała z kolan po fali śmierci jaką niosła za sobą najstraszniejsza w historii ludzkości II wojna światowa. Wolfgang Jataman, bo takie dane personalne ma nasz bohater pracował od 2 lat przy rozładunku statków w gdańskim porcie. Nie potrafił odnaleźć się w nowej rzeczywistości, która wydawała się go przerastać. Świat wokół niego był szary i ponury, a przyszłość nie zapowiadała się lepiej. Wolfgang nie narzekał, musiał utrzymać matkę, więc pracował. Jego robota nie sprawiała mu przyjemności, ale każdego poranka gdy wybierał się na 12 godzinny maraton marzył, że w końcu doprowadzi go do uprawnionej wolności. Przez lata Gdańsk jako Wolne Miasto rozwijało się pod batutą Niemców. Polacy nie czuli się w nim dobrze, widząc agresywne nastroje zaborczych sąsiadów. Ów nastroje pogorszyły się jeszcze po wybuchu wojny, podczas której on i jego znajomi byli prześladowani. Wyrafinowane tortury, gwałty na kobietach, masowe łapani i morderstwa – to wszystko było na porządku dziennym i zdawało się nie mieć końca. Wolfgang uniknął wojny na froncie w Wojsku Polskim. Wojna nigdy go nie pociągała, ponieważ pomimo swojej potężnej postury, wspartej muskulaturą i wrodzoną siłą był osobą niezwykle wrażliwą na ból i łzy – a ich przecież w tych czasach nie brakowało. Największym pragnieniem Wolfganga było życie w wolnym, bezpiecznym kraju, gdzie szanuje się prawa i wolności obywateli. Przyszłość w kraju czerwonych zwyrodnialców nie mogła spełnić jego realizacji. Jak się okazało los już niebawem miał dla niego nowe rozdanie, które miało mu przynieść szansę na lepsze jutro.

Czas wyboru…

Była przeraźliwie zimna styczniowa noc, kiedy do gdańskiego portu zawitał duński statek Donderskaye.  Nieustanny wiatr potęgował uczucie zimna, a towarzyszący mróz sprawiał, że otaczająca przyroda zamarła na długie tygodnie. Wydawało się, że czas zatrzymał się w miejscu. Statek miał zostać przeładowany i wypłynąć następnego dnia w kurs do Kopenhagi. Wolfgang jednak o tym nie myślał, był zbyt zajęty rozładunkiem.  Pod koniec zmiany, kiedy  pracujących przywitał nadmorski świt Wolfgang wychodził zadowolony ze swojej pracy. Niespodziewanie w drodze do przebierali zauważył na spowitym śniegiem asfalcie dużej wielkości złoty, świecący się przedmiot. Był to prawdziwy złoty medalion – towar deficytowy w powojennej Polsce, za kilka gram, którego w tamtych czasach można było żyć na poziomie miesiącami. Zapewne jakiś nieszczęśnik ukradł większą partię z duńskiego statku i po drodze wypadła mu mała działka. Wolfgang jednak nie kalkulował, wiedział bowiem jak bardzo potrzebne są mu pieniądze na leki dla schorowanej matki, którą opiekowała się znajoma. Zaborczo schował „dar od losu” i udał się do przebieralni. Wiedział jaka kara w powojennej, reżimowej Polsce czeka go jeżeli ktoś znajdzie przy nim złoto. Po założeniu ubrań udał się śpiesznym krokiem ku bramie wyjściowej z portu. Jeszcze tylko budka z wartownikiem, szlaban i będę wolny – pomyślał. Choć mijał ją wielokrotnie każdego dnia, tym razem czuł lęk i obawę, że może wydarzyć się coś nieprzewidywalnego. Podczas tradycyjnej odprawy dotleniony alkoholem wartownik był wyjątkowo nieprzyjemny. Kiedy trafił na Wolfganga i zobaczył pot na jego skroniach, zadecydował o przeszukiwaniu, jakby wyczuwając, że nieszczęśnik może mieć coś do ukrycia. Nie mylił się. Ty psie! Myślałeś, że uda ci się wynieść z zakładu złoto? Okradasz kraj i Państwo, które Cię żywi. Zaczekasz w swojej przebieralni do przyjazdu policjantów, którzy przewiozą Cię na przesłuchanie – rzekł wściekły strażnik. Nie było litości. Wolfgang wiedział co mu grozi w stalinowskich więzieniach. Legendy o brutalnych przesłuchaniach, podczas których morderstwa były na porządku dziennym bez potrzeby wydawania wyroków krążyły wśród mieszkańców Gdańska.

i niespodziewana szansa od losu…

Nie mógł spokojnie czekać na wyrok. Mijały godziny. Być może upojony alkoholem wartownik bał się wzywać od razu policję, która mogła przecież wpakować go razem z nim do celi za niedopełnianie obowiązków służbowych. Wolfgang przeczuwał, że wyrok jest odłożony w czasie, ale musiał się śpieszyć. Na kalkulację znowu nie było czasu. Jedyną drogą ucieczki wydawał się Donderskaye. Statek miał za chwilę wypłynąć z portu. Wybiegł z przebieralni w kierunku ładowni statku. Na szczęście była jeszcze otwarta. Ostatni pracownicy kończyli rozładunek. Miał szczęście. Schował się za paletami i nakrył jakąś śmierdzącą plandeką. Tego dnia miał wyjątkowe szczęście, gdyż potężny mróz zabierał wartownikom ochotę do przeszukiwań. Woleli rozgrzewać się przy wódce w cieple czterech ścian swojej przytulnej siedziby. Statek odpłynął. Udało się – pomyślał Wolfgang. Podróż była dla niego bardzo ciężka. Sztorm zrobił swoje i nawet potężny statek bujał się na morzu jak mała łódka. Wolfgang nie myślał jednak o tych niewielkich niedogodnościach. Przeżył wojnę – był więc gotowy na iście spartańskie warunki. Życie nauczyło go przyjmować ból i porażki na klatę. Żal z postawienia samej sobie chorej matki przebijał Si do jego myśli, ale musiał wybrać wyższe dobro – swoje życie. Wiedział, że wyjście z gdańskiego więzienia było niemożliwe. Poczuł ulgę. Kilka dni później wygłodzonego emigranta znalazły duńskie służby celne. Bał się o deportację. Duńczycy wiedzieli jednak jaka jest sytuacja Polaków w swojej ojczyźnie. Czuli, że mieli wobec nich dług wdzięczności. To oni walczyli za wolną Europę. Wolfgang trafił do obozu dla uchodźców, gdzie otrzymał dach nad głową, opierunek, a nawet pieniądze na życie. Wkrótce potem podjął się pracy w pobliskiej bibliotece. Nareszcie czuł się wolny. Wciąż jednak nachodziły do wątpliwości. Ten wrażliwy człowiek zostawił na pastwę losu swoją schorowaną matkę? Nie wiedział czy sobie poradzi. Bał się o jej los, bo wiedział, że nie ma środków na życie. Miał do siebie pretensje, że zachował się jak człowiek bez serca. Ale czy uzasadnione?

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *